Ostrzeżenie o plikach cookies – analiza problemu

ciasteczka_cookies

Od jakiegoś czasu, jak wszyscy pewnie zdążyli zauważyć – w internecie na niemal każdej stronie jest wyeksponowane ostrzeżenie na temat plików cookies. W tym wpisie postaram się wytłumaczyć skąd to się wzięło, jak należy dostosować stronę internetową oraz jak sprawa wygląda w praktyce.

Same „ciasteczka” (cookies) to niewielkie pliki, zapisywane na dysku komputera internauty. Odpowiadają za identyfikację użytkownika przez witrynę. Np. zapamiętywanie loginów i haseł na stronach to właśnie zasługa plików cookies. W każdej chwili internauta może je wyczyścić w opcjach przeglądarki (każda przeglądarka ma swoje osobne cookies).

Ostrzeżenia o cookies to „dzieło” urzędników unijnych z Brukseli. Moja subiektywna ocena jest taka – biurokraci zarabiają gigantyczne pieniądze za obijanie się w pracy, więc udają, że coś robią (żeby nikt nie powiedział, że biorą pieniądze za nic). Po krzywiźnie bananów i zakwalifikowaniu ślimaków jako ryby – przyszła kolej na urzędnicze majstrowanie przy internecie.

W efekcie – w całej UE wprowadzono uchwałę (konkretnie: Dyrektywa 2009/136/WE, w Polsce wdrożona jako Prawo Telekomunikacyjne, art. 173), zobowiązującą wszystkich webmasterów z Unii Europejskiej do umieszczenia na każdej stronie internetowej ostrzeżenia na temat plików cookies. Oczywiście nikt tych ostrzeżeń nie czyta. Cała sprawa to klasyczne marnotrawstwo cennego miejsca na ekranie internauty, które można by wykorzystać dużo lepiej (np. umieszczając tam dochodowy banner reklamowy czy program afiliacyjny).

Nie ma jednoznacznych i konkretnych wytycznych na temat treści, rozmiarów i umiejscowienia tego ostrzeżenia. Przepisy mówią, ze ostrzeżenie ma być w widocznym miejscu na wszystkich podstronach serwisu. Nie napisano czy ma być na górze, na dole czy w środku. Nie napisano też czy ma być duże, małe, kwadratowe czy podłużne. Tak więc tu webmaster ma pełną dowolność, z której warto skorzystać.

Co z tym diabelstwem zrobić w praktyce? Teoretycznie można sprawę olać sikiem prostym, chyba nie było jeszcze przypadku, żeby prokuratura z urzędu ścigała webmasterów za takie „przestępstwo”. Problem jednak w donosach od osób „życzliwych”. Jeżeli ktoś zadenuncjuje prokuraturze, że na stronie Kowalskiego nie ma ostrzeżenia o cookies – prokuratura ma obowiązek zająć się sprawą i dowalić Kowalskiemu wysoką karę, a wtedy przestaje robić się wesoło. Zatem lepiej dmuchać na zimne i to ostrzeżenie na witrynie stworzyć.


Jak zrobić to y3b@n3 ostrzeżenie ?

kucharz

Pierwszą i najważniejszą zasadą powinna być mała inwazyjność tego ostrzeżenia, czyli tak żeby było, a jakoby wcale go nie było. Jak najmniejsze, jak najmniej widoczne, z gigantycznym przyciskiem do jego zamknięcia. Niektórzy webmasterzy zbyt mocno wzięli sobie sprawę do serca i zgwałcili swoje serwisy, umieszczając na nich ostrzeżenie, zasłaniające pół, albo nawet calusieńką stronę. Połowa ich stałych czytelników jak to zobaczyła to pewnie więcej nie wróciła.

Są 2 rodzaje ostrzeżeń – nazwijmy je „zamykalne” i „permanentne”. Zamykalne cechują się tym, że są na ogół większe, inwazyjne, ale można je zamknąć jednym klikiem myszy i wtedy więcej już ich zobaczymy w danej przeglądarce (aż do wyczyszczenia cookies, albo reinstalacji). Zamykalne dosyć źle działają na SEO, o czym w następnym rozdziale. Drugi rodzaj – ostrzeżenie „permanentne” cechuje się tym, że jest to zwykły element strony (np. pozycja menu), którego nie można się pozbyć. Na ogół jednak jest mało widoczny i nie przeszkadza użytkownikom. Oczywiście te 2 typy można miksować (np. zamykasz ostrzeżenie permanentne i w jego miejscu pojawia się reklama, albo goła baba), lecz wymaga to już zaawansowanych umiejętności programistycznych. Ostrzeżenie „permanentne” webmaster musi napisać sam i odpowiednio wkomponować w stronę. Ostrzeżenia „zamykalne” z kolei można zrobić w 30 sekund, instalując jedną z wielu wtyczek do używanego CMS’a.

Kilka lat wcześniej Googlowcy z Mountain View zrobili coś podobnego dla użytkowników Adsense/Adwords – nakazali publikować tzw. politykę prywatności (z tą różnicą, że niekoniecznie musiało to być w widocznym miejscu, więc wszyscy robili to w stopce szarą czcionką na szarym tle). Teraz dodano ostrzeżenia o cookies, więc przy stawianiu nowych stron – warto obie sprawy połączyć w jedną, aby podwójnie nie zaśmiecać sobie serwisu (tym bardziej, że ostrzeżenie o cookies i PP to właściwie jedno i to samo).


Wpływ ostrzeżenia na SEO

seo

Wielu webmasterów nie ma zielonego pojęcia o tym, że wrzucenie ostrzeżenia może znacznie zmniejszyć mu ruch pochodzący z wyszukiwarek. Jest to związane z tym, że ostrzeżenie to klasyczna „deoptymalizacja” strony. Znane mi są 2 takie przypadki:

1. Władowanie się tego ostrzeżenia w „meta description” – Masowy przypadek na tysiącach stron, zwłaszcza gdy ostrzeżenie umieszczone jest u góry, a meta description jest niewypełnione (czyli automatycznie tworzone przez Google z tego, co jest najwyżej na stronie).  Zamiast tłumaczyć – po prostu posłużę się screenshotem z wyników wyszukiwania na frazy „Wodzisław Śląski” oraz „Ford”:

cookies

Proszę zwrócić uwagę na „meta description” na obrazku – zachęcające do wejścia, prawda? Skoro urząd miasta oraz korporacja motoryzacyjna (kancelaria premiera też to miała, ale w końcu naprawili) zrobili takiego babola, to nie muszę chyba tłumaczyć, co dzieje się na mniejszych stronach czy blogach…

2. Tworzenie przez ostrzeżenie własnych adresów – Ten przypadek jest rzadszy niż poprzedni, ale znacznie bardziej drastyczny. Dotknął mnie zresztą osobiście, gdy kiedyś na innej stronie zainstalowałem pierwszą z brzegu wtyczkę (darmowy moduł do Joomla) ostrzegającą o cookies. Pomyślałem sobie – banalna sprawa, to nie będę jej poświęcał 2 godzin. Dopiero po dłuższym czasie zorientowałem się, jakiego piwa ta wtyczka nawarzyła. Otóż stworzyła ona sobie duplikat każdej podstrony z nowym adresem URL – te wcześniejsze zostały tak jak były, a te z ostrzeżeniami otrzymały nowe adresy (po zamknięciu ostrzeżenia strona przechodziła pod stary adres). Efekty? Zdublowany site, rozmyta moc linków wewnętrznych, duplicate content, spadek ruchu z google i spadek mojego samopoczucia…

Zdiagnozowanie obu powyższych problemów odbywa się tą samą, prostą metodą. Wystarczy wpisać w google „site:adres-strony.pl” i przeanalizować to, co wyskoczy. Najpierw patrzymy czy meta description jest normalne, czy „przejęte” przez ostrzeżenie, a potem szacujemy czy liczba podstron (site) jest odpowiednia oraz czy nie ma jakiś dziwnych adresów URL. Obu błędów można też uniknąć w zarodku, uniemożliwiając (w jeden z kilku sposobów) robotowi google zobaczenie i zaindeksowanie tego ostrzeżenia.


 

PS: Można całą sprawę dość łatwo ominąć, wykupując hosting w jakimkolwiek kraju poza-unijnym (gdzie rezolucje UE nie obowiązują) i zabezpieczyć się dodatkowo – umieszczając gdzieś na stronie formułkę typu: „Jeżeli jesteś internautą z UE – bezzwłocznie zamknij przeglądarkę”. Jednakże hosting zagraniczny niesie ze sobą szereg dodatkowych kłopotów (np. szybkość łącza, kłopoty z fiskusem czy załatwianie wszelkich spraw w sposób „niepolskojęzyczny”).

Paweł Król, 20.06.2015

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *