Denerwujące aktualizacje

image

Dzisiaj smutny tekścik sfrustrowanego informatyka o aktualizacjach. Piszę go niejako z bezsilności i wkurzenia, nie mając absolutnie żadnej rady na rozwiązanie problemu. W „dawnych czasach” (20 lat temu) było coś takiego jak Windows95. Instalowało się go raz i na tym zabawa się kończyła – można było dożywotnio na nim pracować bez żadnych aktualizacji. Później był miło wspominany Windows98 – miał już dwie odmiany – pierwotną i ulepszoną „second edition”. Następnie były nieudane Windowsy Millennium i 2000. Kolejnym „kamieniem milowym” był WindowsXP. Zachowując trend – miał on już trzy duże łatki, zwane Service Packami, nadal jednak praca na nim była przyjemnością, a wiele osób wspomina XP-ka z dużą dawną sentymentu. Do czasu Windowsa XP (włącznie) aktualizacje były dopracowane w 100%, a przed wpuszczeniem ich w sieć były przetestowane na wszelkie możliwe sposoby.

Przełom nadszedł wraz z nadejściem Windowsa 7 ( jego prototypu – Vista). Tam już aktualizacji były setki i „proceder aktualizacyjny” rozkręcił się na dobre. W Microsofcie przyjęto zatem 3 doktryny:

  1.  Dzień bez nowej aktualizacji jest dniem straconym
  2.  W związku z punktem 1 – nie ma czasu, by każdą aktualizację pieczołowicie testować – niech to użytkownicy Windowsa będą królikami doświadczalnymi
  3. Jeżeli okazało się, że aktualizacja jest lipna – należy wypuścić kolejną (jeszcze bardziej lipną).

Obecnie mamy rok 2015, najnowszy Windows to 8.1. Kosztował mnie ponad 400złotych, ale dałbym drugie tyle, żeby nie zawracał mi głowy każdego dnia… Codziennie więc dochodzi kilka aktualizacji i przeważnie są to totalne buble i rzeczy skrajnie niepotrzebne. Wcześniej pisałem TUTAJ o tym, że pasek postępu aktualizacji lubi zaciąć się na 0%. Dzieje się tak do dzisiaj (pomimo, że od napisania tamtego tekstu minęło już kilka miesięcy i w międzyczasie wyszło kilkaset nowych aktualizacji Windowsa 8.1). Innym „popisowym numerem” Windowsa 8.1 jest domaganie się aktualizacji, która (po godzinie czekania) wywali na końcu jakiś błąd i należy czekać kolejną godzinę, aż komputer zrobi backup i wróci do stanu używalności. Oczywiście po restarcie systemu wracamy do punktu wyjścia, czyli komputer znowu domaga się zainstalowania wadliwej aktualizacji, więc musimy ręcznie grzebać po panelu sterowania i wywalić to samemu…

uzyskaj_system_windows10Najnowsze „osiągnięcie” Windowsa 8.1 to inwazyjne domaganie się… zamówienia Windowsa10, który dopiero za kilka dni (29 lipca 2015) będzie miał premierę. Otóż kilka miesięcy temu, w rogu ekranu, koło zegara wyskoczyła mi (jak Filip z konopii) ikonka „Uzyskaj system Windows 10”. Po kliknięciu w nią wyskakuje to, co na obrazku powyżej. Windows10 będzie do pobrania z sieci w formie elektronicznej, więc jego zapasów nie będzie można w żaden sposób wyczerpać. Po co więc robić jakieś zamówienia kilka miesięcy naprzód? Będę chciał to sobie go kupię i nie musi mi o tym przypominać codziennie jakaś brzydka ikonka. Dla mnie jest to czysty spam i „legalny trojan”. W Windows Update też się to badziewie zagnieździło i za Chiny nie da się tego usunąć…

update2Po kliknięciu na ikonkę wyskakuje takie coś jak powyżej. W oczy kłuje napis: „Wspaniałe, uaktualnienie jest zarezerwowane”. Co autor chciał przekazać tym zdaniem? Skoro „wspaniałe” to bez przecinka. Skoro jednak przecinek jest, to nie powinno być kreseczki w literze ‚ł’. Druga sprawa budząca moje zastrzeżenie – słowo „zarezerwowane”. Rezerwacja kojarzy mi się z zamówieniem czegoś, aby nikt inny mi tego później nie zabrał. Rezerwuję stolik w restauracji, więc nikt tam nie będzie mógł usiąść. Rezerwuję miejsce w teatrze, więc choćby tysiąc ludzi odeszło z kwitkiem – ja i tak spektakl obejrzę. Jak się to ma do tego nieszczęsnego Windowsa10? Przecież jego podaż będzie nieograniczona i jeśli ktoś będzie chciał kupić 100 miliardów tych Windowsów – to i tak się nie skończą. Użycie słowa „zarezerwowane” więc uważam za kretynizm. Poniżej na obrazku mamy okienko „tak, chcę również otrzymywać od firmy Microsoft… (jakiś spam)”. Cud, że nie jest domyślnie zaznaczone…

Windows to oczywiście tylko jeden z wielu problemów. Aplikacje, potrzebne do jego prawidłowego działania są równie inwazyjne. Oto moja subiektywna czołówka najbardziej „aktualizacyjnie denerwujących” aplikacji:

  1. Adobe Flash – jeden z najbardziej niestabilnych programów, jakie świat widział. Jedną dziurawą aktualizację łatają drugą, jeszcze gorszą. Należy instalować je ręcznie, bo „programistom” z Adobe nie chce się robić opcji aktualizacji „w tle”. Przy okazji Flash próbuje wcisnąć nam jeszcze antywirusa McAfee i liczne toolbary do przeglądarek. Jeżeli Flash jest pod postacią wtyczki do przeglądarki, to trzeba go aktualizować osobno. Zgroza. Ostatnio jedna strona internetowa z ruchomym bannerem reklamowym we Flashu zeżarła mi 5 GB RAM….
  2. Java – bliźniacza sytuacja, jak w punkcie poprzednim.
  3. Przeglądarki – ja używam czterech i nie ma dnia, żeby chociaż jedna nie chciała się zaktualizować. Dosyć często kończy się to w TEN SPOSÓB.
  4. Microsoft Silverlight – wiecznie chce się aktualizować i wiecznie są z tym problemy.
  5. Android – najpopularniejszy system operacyjny na smartfony. Bardzo często lubi się aktualizować, a jak ktoś ma firmę i kilka telefonów to efekt jest zwielokrotniony. Co gorsza – on się chce aktualizować bez pytania, używając transmisji danych komórkowych. Jeżeli ktoś się na tym nie zna, to ma przerąbane. Przeciętna aktualizacja Androida waży około 400MB. Jeżeli ktoś nie ma wykupionych pakietów to „kaplyca”. Np. w sieci Plus pobranie 1-go megabajta to koszt 4.90zł brutto (link do cennika).  Czyli jedna aktualizacja Androida (400MB) to koszt, bagatela, 1960 złotych. Na tym żerują sieci komórkowe. Ja oczywiście u siebie nie dopuszczam do takich sytuacji, bo się na tym znam, ale masowe są przypadki, gdy wciskane są telefony na abonament np. seniorom czy osobom, które nie mają o tym pojęcia i potem przychodzi rachunek na 2000zł… A wszystko dzięki przeklętym aktualizacjom.

angry_facePrzejdźmy do puenty. Kiedyś urządzenie się włączało i one po prostu działało, nawet jak dawno go nie używaliśmy. Obecnie – im dłużej nie włączaliśmy komputera/smartfona – tym większa szansa, że coś się, mówiąc kolokwialnie, zdupczy. Ja posiadam netbooka Asus (o dość skromnych parametrach technicznych) z Windowsem 8.1. Nie włączałem go od 2 miesięcy i… autentycznie boję się go włączyć. Wiem, że jak go uruchomię, to wyskoczy 580 różnych ikonek, updatów, alertów i innego badziewia. Doprowadzenie go do stanu używalności po 2 miesiącach nieużywania zajmie mi pewnie cały dzień. Czy na tym polega nowoczesność? Czas to pieniądz, a mi tego czasu permanentnie brakuje. Nie mam ochoty stracić 1/3 życia na wykonywanie aktualizacji do moich sprzętów. Zdaję sobie sprawę, że informatyka się rozwija, a hakerzy nie śpią, ale do licha – 95% tych aktualizacji jest niepotrzebna lub wadliwa!

Apeluję więc do programistów Microsoftu, Adobe, Javy, Google i innych korporacji – róbcie te aktualizacje jak najrzadziej i sprawdzajcie przed wypuszczeniem czy one w ogóle działają. Szanujcie czas swoich klientów. Niech będzie tak, jak w starym, dobrym Windowsie XP.

 

Paweł Król, 17.07.2015

Jedno przemyślenie nt. „Denerwujące aktualizacje”

  1. Dzięki za ten artykuł. Zrobiłeś to za mnie. Nie muszę już opisywać ile mi te wszystkie aktualizacje zjadły nerwów. To wszystko karze mi myśleć, że wszędzie jest pełno idiotów. Na szczęście od kiedy mam laptopa z dyskiem flash wszystkie te operacje trwają znacznie krócej.

    Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *